Print Friendly

W „Moby Dicku” Hermana Melville’a jest scena, w której Queequeg, Indianin pochodzący z fikcyjnej wyspy Rokovoko i przyjaciel Izmaela, narratora powieści, rzuca się do wody na ratunek topielca. Wszystko dzieje się na małym, pocztowym szkunerze, wiozącym naszych bohaterów z Bedfordu do Nantucket. „Szkuner poszedł z wiatrem – czytamy – a podczas gdy majtkowie spuszczali łódź z rufy, Queequeg obnażony do pasa rzucił się z burty długim, żywym łukiem skoku. Przez trzy minuty albo dłużej widziano, że płynie jak pies wyrzucając prosto przed siebie długie ręce i co chwila ukazując nad lodowatą kipielą swe muskularne ramiona” [1].

Plakat Wiktora Górki do filmu „Moby Dick” (1961). Reż. John Huston. Występują: Gregory Peck, Orson Welles, Richard Basehart

Plakat Wiktora Górki do filmu „Moby Dick” (1961). Reż. John Huston. Występują: Gregory Peck, Orson Welles, Richard Basehart

Jakim stylem płynął Queequeg? Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że tzw. pieskiem, Melville pisze bowiem, że „płynął jak pies”. Skąd jednak w piesku, w którym ręce nigdy nie wynurzają się ponad powierzchnię wody, odsłonięte muskularne ramiona, pokazywane przez Indianina „nad lodowatą kipielą”? Opis ten bardziej zdaje się zatem pasować do kraula i to kraulem musiał sunąć w stronę topiącego się pasażera nasz czerwonoskóry harpunnik.

Czy Melville znał ten styl? Zapewne tak. Jako Amerykanin i były marynarz miał prawdopodobnie okazję obserwować pływających Indian. Ci ostatni zaś – od Karaibów po Wielkie Jeziora Północnoamerykańskie – w znakomitej większości używali techniki przypominającej dzisiejszego kraula, nieznanej w tamtych czasach Europejczykom. Zresztą nawet gdyby pływający zazwyczaj w kapeluszach europejscy gentlemani ją znali, nigdy nie zgodziliby się na stosowanie tak nieeleganckiego stylu. Wymagał on przecież zanurzenia głowy i powodował rozchlapywanie wody. Ówcześni miłośnicy pływania mogliby go podsumować słowami, którymi Immanuel Kant opisał ponoć miłość fizyczną: „Rzecz, owszem, przyjemna, ale ruchy filozofa niegodne”.

Członkowie klubu pływackiego z Brighton. Anglia, 1863.

Członkowie klubu pływackiego z Brighton. Anglia, 1863.

Dobrym przykładem niechęci Europejczyków do zamorskich nowinek jest historia, która zdarzyła się siedem lat przed publikacją „Moby Dicka”. W roku 1844 do Wielkiej Brytanii, w której organizowanie zawodów pływackich miało już swoją tradycję, Angielskie Towarzystwo Pływackie zaprosiło kilku północnoamerykańskich Indian – wśród nich zawodnika o wdzięcznym imieniu Latająca Mewa. Anglicy płynęli rozpowszechnioną w Europie żabką. Indianie – wczesną odmianą kraula, która okazała się skuteczniejsza. Latająca Mewa i niejaki Tytoń wygrali zawody. To osiągnięcie nie zdołało jednak przekonać gospodarzy do pływania na amerykańską modłę. Jeden ze świadków pisał później z lekkim obrzydzeniem: „Indianie gwałtownie uderzali ramionami w wodę niczym skrzydłami wiatraka i bili stopami w górę i w dół, z siłą wydmuchując powietrze i robiąc groteskowe wygibasy” [2].

Styl klasyczny miał królować w Europie jeszcze przez cztery dekady. Jednak już pod koniec XIX wieku „groteskowe wygibasy” Latającej Mewy i jego krajanów stały się obowiązkowym stylem na wszystkich pływalniach Starego Kontynentu, dzięki czemu znacznie poprawiły się tabele europejskich rekordów. W ten sposób, przynajmniej na polu sportowym, role podbijających i podbijanych na chwilę się odwróciły. Zresztą kto wie, czy umiejętność pływania kraulem nie jest jednym z najbardziej niedocenionych podarunków, które białym ofiarowali tak źle potraktowani przez nich Indianie.

Przypisy:

[1] Herman Melville, „Moby Dick”, przeł. Bronisław Zieliński, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2005, s. 89.
[2] Cyt. za: „Swimming From the Beginning”, Washingtonpost.com (Reprinted with permission by the International Swimming Hall of Fame from „Weissmuller to Spitz. The History and Background of the Olympic Games”). [Dostęp: 24.04.2016]