Print Friendly

Marynarze zawsze wydawali mi się doskonałymi pływakami. Przecież żadna inna grupa zawodowa, myślałem, może z wyjątkiem rybaków, nie jest bardziej oswojona z wodnym żywiołem niż oni. Po raz pierwszy z tego błędu wyprowadził mnie mój kolega Bogdan, sternik z długoletnim stażem, który w swojej żeglarskiej karierze zdążył zaliczyć kilka morskich wypraw. „Mój drogi, marynarze ogólnie rzecz biorąc kochają wodę, ale się jej brzydzą”, skomentował mój pomysł wykąpania się w Jeziorze Mikołajskim podczas jednego ze wspólnych, mazurskich rejsów.

Słowa Bogdana utkwiły mi w pamięci, trudno mi je było bowiem pogodzić z moimi dotychczasowymi wyobrażeniami. Sam Bogdan pływa doskonale. Podejrzewam, że większość żeglarskiej braci również. Jak jest z tą umiejętnością na statkach, nie wiem, ale zakładam, że nie gorzej niż gdzie indziej. Skąd więc stwierdzenie o awersji marynarzy, tudzież żeglarzy, do pływania wpław?

Odpowiedź znalazłem w znakomitym reportażu Tony’ego Horwitza „Błękitne przestrzenie” (przeł. Barbara Gadomska, Warszawa 2013). Horwitz, który przez wiele lat pisał artykuły dla amerykańskiej prasy jako korespondent wojenny, w latach 90. postanowił spróbować szczęścia jako reportażysta. Po pierwszym, bardzo dobrze przyjętym reportażu historycznym „Confederates in the Attic”, poświęconym wojnie secesyjnej, zabrał się za równie fascynujący temat – historię wypraw kapitana Cooka. Amerykanin podążył jego śladem, odwiedzając Tahiti, Bora-Bora, Nową Zelandię, Australię, Niue, Wyspy Tonga, Aleuty i Hawaje. Efektem tej podróży był nagrodzony Pulitzerem reportaż, w którym Horwitz nie tylko opisał swoje spotkania ze współczesnymi mieszkańcami Oceanii, Australii i Alaski, lecz nakreślił także żywy portret samego Jamesa Cooka oraz historyczne tło epoki wielkich odkryć geograficznych.

Nathaniel Dance, „Portret kapitana Jamesa Cooka”, 1775-76, National Maritime Museum, Londyn.

Nathaniel Dance, „Portret kapitana Jamesa Cooka”, 1775-76, National Maritime Museum, Londyn. Źródło: Wikimedia Commons.

To właśnie przy okazji opisu śmierci Cooka na Hawajach, pojawia się u Horwitza passus o pływaniu. Cook dotarł do tych wysp na początku 1778 r., w czasie trzeciej wyprawy, której celem było odnalezienie północnego przejścia morskiego pomiędzy Atlantykiem a Oceanem Spokojnym. Po uzupełnieniu zapasów słodkiej wody i żywności oraz stwierdzeniu, że mieszkańcy Hawajów to „otwarci, szczerzy, pracowici ludzie”, kapitan odpłynął na północ. „Przejście Północno-Zachodnie co prawda istniało – pisze Horwitz – ale osiemnastowieczne okręty nie były w stanie go pokonać” (s. 469-470). Po kilku miesiącach bezowocnych poszukiwań tej „skutej lodem fantazji” i krótkim pobycie na Aleutach, oba statki Cooka, „Resolution” i „Discovery”, zawróciły na południe i w listopadzie dobiły ponownie do Hawajów. W obawie przed spadkiem morale Cook przez ponad miesiąc nie pozwalał wyjść marynarzom na ląd i handel wymienny z Hawajczykami prowadził na wodzie. Ostatecznie w styczniu 1779 r. statki zawinęły do zatoki Kealakekua, a cała załoga została entuzjastycznie przywitana przez krajowców, którzy zwłaszcza Cooka potraktowali z nabożną czcią.

John Webber, „Widok na zatokę Kealakekua, Hawaje”. Źródło: Wikimedia Commons.

John Webber, „Widok na zatokę Kealakekua, Hawaje”, 1779. Źródło: Wikimedia Commons.

O to, co działo się później i dlaczego otwartość Hawajczyków nagle zamieniła się w jawną wrogość, spory trwają do dziś. Początkowo pobyt marynarzy na wyspie przypominał prawdziwą idyllę. „Żyjemy teraz w wielkim luksusie – napisał David Samwell w drugim dniu pobytu okrętów w zatoce – zaś jeśli chodzi o wybór i liczbę pięknych kobiet, nie ma wśród nas chyba nikogo, kto nie mógłby się równać z tureckim sułtanem” (s. 525). Hawajczycy dogadzali przybyszom jak mogli, Cooka zaś zaprosili do udziału w uroczystych rytuałach.

Jak pisze Horwitz, większość uczonych uważa, że kapitan został wzięty za „wcielenie Lono, potężnego boga płodności, a także starodawnego boskiego króla, który udał się na wygnanie po zabiciu żony w ataku zazdrości” (s. 523). Jest to o tyle prawdopodobne, że statki przypłynęły w porze Makahiki, w której świętowano symboliczny powrót Lono. Póki więc trwało święto, póty Hawajczycy dostarczali żeglarzom pożywienia, a Hawajki chętnie z nimi współżyły. Wszystko skończyło się po dwóch tygodniach. Miejscowi wodzowie zaczęli coraz natarczywiej dopytywać o termin odjazdu załogi. Wreszcie na początku lutego angielskie okręty wyruszyły z zatoki. Wszystko zakończyłoby się więc szczęśliwie, gdyby nie… nagłe uszkodzenie fokmasztu „Resolution” zaraz po wypłynięciu na pełne morze.

Mapa Hawajów

Mapa Hawajów (Wysp Sandwich) wydrukowana przez G. Nicola i T. Cadella na potrzeby wydania „Podróży przez Ocean Spokojny” Jamesa Cooka i Jamesa Kinga z 1785 r. Źródło: Wikimedia Commons.

Anglicy zawrócili. Kiedy ponownie wpłynęli do zatoki, by naprawić maszt, Hawajczycy powitali ich raczej chłodno. Wyglądało to tak, jakby Cook dotarł do zupełnie innej wyspy. Wkrótce wyspiarze zaczęli przejawiać jawne oznaki wrogości: zaczepiali obcych, szydzili z nich, dokonywali drobnych kradzieży. Cook chodził wciąż rozdrażniony. Czarę goryczy przelała w końcu kradzież kutra „Discovery”. 14 lutego 1779 r. kapitan wraz z żołnierzami piechoty morskiej i kilkoma marynarzami udał się na ląd, by wziąć jako zakładnika króla Hawajczyków i w ten sposób zmusić ich do oddania łodzi.

Trudno ocenić, kto dokładnie spowodował lawinę dalszych wypadków – czy jeden z wyspiarzy, który zamachnął się na Cooka sztyletem i zagroził, że rzuci w niego kamieniem, czy sam Cook, który w odpowiedzi wystrzelił w tłum z pistoletu nabitego śrutem. Zaraz po strzale tłum Hawajczyków wpadł w szał i zaczął miotać w Anglików kamieniami i dzidami. Ci odpowiedzieli ogniem, rzucając się do łodzi. „Cook dotarł do brzegu: półki z lawy, ciągnącej się płytko pod wodą. Znajdował się jakieś dziesięć metrów od szalupy, w której byłby bezpieczny – gdyby tylko umiał pływać”, pisze Horwitz (s. 545).

John-Webber-Śmierć-kapitana-Cooka

Jonh Webber, „Śmierć kapitana Cooka”, 1784. Źródło: Wikimedia Commons.

Dziesięć metrów nie wydaje się szalonym dystansem, nawet przy założeniu, że woda mogła być wzburzona przez fale. Tym bardziej, że pokonać go miał nie byle kto. Cook był niezwykle doświadczonym marynarzem. Dwa razy okrążył świat. Przekroczył zarówno południowe, jak i północne koło podbiegunowe. Spędził na morzu większość swojego dorosłego życia. Teoretycznie żył bliżej wody niż jakikolwiek ówczesny mieszkaniec Anglii. A jednak o pływaniu wpław nie miał zielonego pojęcia. „W żadnym z licznych raportów z jego podróży nie ma najmniejszej wzmianki, by kapitan pływał” (s. 545). Jak to możliwe?

Horwitz podaje kilka powodów, dla których wielu ówczesnych marynarzy, z Cookiem na czele, nie potrafiło pływać. Po pierwsze, marynarze czuli olbrzymi lęk przed wodą z powodu przesądów. Morze nie było dla niech przyjacielem, lecz raczej groźnym przeciwnikiem, zamieszkanym przez dziwne i nie do końca pokojowo nastawione stwory. Po drugie, większość marynarzy pochodziła z chłopstwa, zamieszkałego na terenach, gdzie umiejętność pływania nie była potrzebna. Dobrym tego przykładem jest sam Cook, który był synem robotnika rolnego wynajmującego się na dniówki i wychowywał się na farmie w Yorkshire. Po trzecie, temperatura wody zazwyczaj nie skłaniała marynarzy do kąpieli. Na pewno nie na Morzu Północnym i w rejonach północnego Atlantyku, po których w młodości pływał Cook. Wreszcie, jak pisze autor „Błękitnych przestrzeni”, „przełożeni nie zachęcali ich [tj. marynarzy – PK] do nauki pływania, bali się bowiem, że ułatwi im to dezercję” (s. 545).

Horwitz_Blekitne_przestrzenie

Tym sposobem Horwitz pomógł mi zrozumieć uwagę Bogdana. I na odwrót – rejs z Bogdanem pomógł mi zrozumieć to, o czym pisze Horwitz. Przynajmniej we fragmencie o Morzu Północnym. Moja kąpiel w Jeziorze Mikołajskim doszła ostatecznie do skutku. Była pierwsza połowa maja. Woda miała zaledwie 12°C. Nie miałem ze sobą żadnej pianki. Po trzech minutach pływanie w tych warunkach wydało mi się absolutną fanaberią.