Print Friendly, PDF & Email

Na początku lat 50. był w Polsce sportowym bożyszczem. Młody, przystojny, podobał się kobietom. Opromieniała go sława pierwszego polskiego pływaka, który osiągnął to, czego nie udało się zdobyć całej plejadzie jego kolegów po fachu – został rekordzistą świata. Życiorys Marka Petrusewicza ma jednak również swoje tragiczne oblicze. Najpierw oskarżenie o gwałt na zawodach młodzieżowych w Rostoku, później załamanie się kariery sportowej, rozwód, problemy z alkoholem, zarostowo-zakrzepowe zapalenie tętnic, amputacja nogi, w końcu – zaangażowanie się w „Solidarność”, aresztowanie w stanie wojennym i wypełnione cierpieniem ostatnie chwile życia po amputacji drugiej nogi i udarze mózgu.

A przecież wszystko zapowiadało się tak dobrze. W 1948 roku czternastoletni Petrusewicz wraz ze swoimi kolegami i późniejszymi pływakami Ryszardem Połomskim, Józefem Lewickim, Witoldem Bieszczaninem i Januszem Jaśkiewiczem zostali przyjęci do sekcji pływackiej wrocławskiego klubu sportowego Związkowiec, który szybko zmienił nazwę na Pafawag. Jak pisze Wojciech Wiesner, autor najobszerniejszej pracy poświęconej życiu Petrusewicza, krążyło potem kilka opowieści o pojawieniu się tej grupki na treningach [1]. Według jednych młodych miejskich włóczęgów bawiących się na basenie w berka zauważył trener Butler, według innych do Pafawagu ściągnął ich znakomity szkoleniowiec Józef Makowski po tym, jak przyłapał wyrostków na wybijaniu szyb w oknach pływalni. Jedno jest pewne – dla nudzących się i notorycznie uciekających z lekcji chłopców pływanie stało się prawdziwą pasją i dyscypliną, w której szybko zaczęli odnosić sukcesy.

petrusewicz_1

Początkowo Petrusewicz pływa dość pokracznym kraulem. Jego żabka też pozostawia wiele do życzenia. Szybko się jednak uczy. „Był atletycznie zbudowany, silny i ogólnie sprawny fizycznie – pisze Wiesner. – Wyjątkowy talent. A przy tym bojowy, zadziorny i odporny psychicznie. […] Prezentował także doskonałe czucie wody, czyli tę cechę, która decyduje o skutecznej technice pływania” [2]. W 1950 roku zdobywa czwarte miejsce na 100 m stylem klasycznym na mistrzostwach Polski. Później na tym samym dystansie bije rekord kraju i kilkakrotnie go poprawia. Trafia do reprezentacji.

Rekord świata

Rok 1953 jest przełomem w jego karierze, choć zaczyna się pechowo. W Karpaczu pływak łamie nogę w czasie jazdy na nartach. Przerwa w treningach jest długa, lecz 22 lipca, w rocznicę ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, Petrusewicz musi złożyć w Polskim Związku Pływackim tradycyjne zobowiązanie dotyczące jego przyszłych wyników. Mierzy bardzo wysoko. Zapowiada, że w październiku z okazji obchodów rewolucji październikowej pobije rekord świata na dystansie 100 m stylem klasycznym.

Bicie rekordu odbyło się we Wrocławiu na słynnej, działającej od końca XIX wieku pływalni przy ulicy Teatralnej w 25-metrowym basenie. Jak pisze Wiesner, nie obyło się bez technicznych problemów: „Okazało się bowiem, że pływalnia nie spełnia wymogów ustalonych w przepisach FINA [Światowa Federacja Pływacka – PK]. Brak było ściany nawrotowej, a drewniana przegroda, którą zakładano, za bardzo sprężynowała. Największy jednak problem stanowiły zbyt wysokie słupki startowe” [3]. W końcu poradzono sobie, zatykając otwory przelewowe i podnosząc poziom wody.

petrusewicz_2

Wrocławscy kibice licznie wypełnili trybuny. Petrusewicz płynął sam. Walczył tylko z czasem i z własnymi ograniczeniami. Pierwsze 25 m przepłynął w 14 sek. Po pokonaniu 75 m stoper wskazywał 53 sek. Doping widzów zagłuszał wszystko. Ostatecznie Petrusewicz uzyskał wynik 1:10.90 i o 0,3 sek. poprawił rekord Rosjanina Minaszkina. Na 100 m żabką był w tym momencie najlepszy na świecie. I choć w kolejnym roku wyrównał rekord świata na dystansie 200 m i znów pobił odebrany mu w międzyczasie rekord na 100 m w stylu klasycznym, to właśnie październikowy wyczyn przejdzie do historii polskiego pływania.

Lawina kłopotów

W przejmującym reportażu radiowym Krystyny Melion pt. „Głębokie zanurzenie”, wyemitowanym w 1974 roku, Marek Petrusewicz tak mówił o swoim sukcesie: „Do tego rekordu świata szykowałem się właściwie całe życie. Cały czas o tym marzyłem. Myślałem, że po tym wszystko się zmieni. I tutaj – jakiś mały szok. Wychodzę z wody i nic się nie zmieniło. Jestem taki sam, jak przed chwilą” [4]. Taki sam, czyli jaki? Petrusewicz w momencie bicia rekordu ma 19 lat, rozpiera go energia. Mieszka z matką, babką i ciotkami. Ojciec nie żyje. Został rozstrzelany po wejściu Niemców na Wileńszczyznę, skąd pochodził przyszły rekordzista. W pływaniu Marek zdobywa coraz lepsze wyniki, jednak zaniedbuje szkołę. Nie zostaje dopuszczony do matury. Co gorsza, z tego powodu zabrania mu się startów. Dopiero mistrzostwa Europy  w Turynie na przełomie sierpnia i września 1954 roku zmuszają działaczy do uchylenia postanowienia o dyskwalifikacji. Petrusewicz zdobędzie tam srebrny medal na dystansie 200 m stylem klasycznym (pierwsze miejsce zajmie Klaus Bodinger z NRD).

Jest to również okres, w którym zaczynają się alkoholowe problemy młodego pływaka. Po latach Marek będzie wspominał, że piciu sprzyjał system dożywiania, dostosowany do harmonogramu jego treningów. Petrusewicz wychodził z pływalni o 22.00. Późne obiady jadał więc w lokalach nocnych, gdzie rozemocjonowani kibice często gęsto częstowali go wódką. Po osiągnięciu najlepszego czasu na 100 m klasykiem okazji do wypicia było jeszcze więcej.

Po krótkim pobycie w wojsku Petrusewicz ożenił się z koleżanką z sekcji Haliną Dzikówną i przeniósł do Arkonii Szczecin. O przeprowadzce powie krótko: „To był chyba mój największy błąd życiowy” [5]. To właśnie jako reprezentant szczecińskiego klubu wyjechał na zawody do Rostoku. Tam doszło do chuligańskich incydentów z udziałem polskich pływaków, a Petrusewicz został oskarżony o gwałt na siedemnastolatce. I choć nigdy nie złożono oficjalnego doniesienia do prokuratury, sprawa definitywnie zakończyła karierę sportowca. O Petrusewiczu w sensacyjnym tonie wypowiadała się lokalna prasa i „Sztandar Młodych”. Główny Komitet Kultury Fizycznej zdyskwalifikował go dożywotnio, rozciągając dyskwalifikację na wszystkie dyscypliny sportowe [6].

Pływanie niepełnosprawnych

W późniejszych latach los obszedł się z nim jeszcze surowiej. Początkowo pracuje w stoczni jako elektryk, lecz w końcu zostaje z niej zwolniony (Wojciech Wiesner pisze enigmatycznie o „skandalu i długach” [7]). Coraz częściej zagląda do kieliszka. W konsekwencji rozpada mu się małżeństwo. Samotny i zgorzkniały wraca do Wrocławia i podejmuje pracę w kopalni. W mieście, w którym bił rekord świata, po raz pierwszy silnie daje o sobie znać choroba Bürgera, czyli zakrzepowo-zarostowe zapalenie naczyń powodujące niedotlenienie i zgorzel tkanek. W 1967 roku Petrusewicz przechodzi zabieg amputacji nogi. Załamuje się zupełnie. Pije, niemal nie wychodzi z domu. Jeśli musi się gdzieś udać, zawsze bierze taksówkę. Na pytanie Krystyny Melion, czy bał się ludzi, odpowie: „Bałem się litości” [8].

W tym ogromie nieszczęść Petrusewicz ma też trochę szczęścia. Na jego drodze pojawią się ludzie, których rola w życiu byłego pływaka jest nie do przecenienia. Wiele uwagi poświęca choremu Maria Kwaśniewska-Maleszewska, zdobywczyni brązowego medalu w rzucie oszczepem na igrzyskach olimpijskich w Berlinie w 1936 roku, w czasie wojny uczestniczka ruchu oporu, później działaczka olimpijska. Również Zbigniew Kuciewicz, trener kadry narodowej polskich pływaków, wyciąga pomocną dłoń i załatwia Petrusewiczowi robotę asystenta trenera na zgrupowaniu w Stalowej Woli. Oboje wystarają się też dla młodszego kolegi o rentę z PKOl, która pozwala mu się jako tako utrzymać.

Jest jeszcze trzecia ważna osoba – Marek Sroczyński, trener sekcji pływackiej inwalidów we wrocławskim Starcie. To temu krewkiemu człowiekowi udało się namówić byłego pływaka do powrotu do treningów. „Petrusewicz mieszkał wówczas z ciotką przy ulicy Jaworowej – pisze Wojciech Wiesner. – Sroczyński tam go odwiedził. Zdrowo opieprzył Marka, że się niepotrzebnie załamuje” [9]. Petrusewicz odżył. Zajął pierwsze miejsce na dystansie 50 m stylem klasycznym na mistrzostwach Polski inwalidów. W latach 70. będzie powtarzał: „Do tego, co osiągają ci ludzie, trzeba bardzo silnej, naprawdę silnej woli. Silnej woli na miarę rekordzistów świata. Uporu i olbrzymiego samozaparcia” [10].

Karnawał „Solidarności”

Tragiczny życiorys Petrusewicza jest jak gotowy scenariusz do filmu. I rzeczywiście taki film powstał. W niezbyt udanym obrazie Filipa Bajona „Rekord świata” z 1977 roku główną rolę zagrał Marciń Troński [11]. Reżyser przedstawił początki i szczyt kariery Petrusewicza, jej pechowe zakończenie, nałóg, chorobę i powrót do pływania. Film kończy się sceną, w której bohater staje z kulami na słupku startowym i skacze do wody wraz z innymi zawodnikami inwalidami.

rekord_swiata_bajon

Marcin Troński jako Michał, filmowy odpowiednik Marka Petrusewicza. Kadr z filmu „Rekord świata”, reż. i scenariusz: Filip Bajon, 1977.

Do tego scenariusza życie dopisało jednak równie przejmujący sequel. Na początku lat 70. Petrusewicz zdaje maturę. Ponownie się żeni. Kończy też studia prawnicze. Pracuje w Wojewódzkiej Federacji Sportu we Wrocławiu. W 1980 roku angażuje się w „Solidarność”. Zostaje wybrany do prezydium Zarządu Regionu Dolny Śląsk. Po wybuchu stanu wojennego zatrzymuje go oddział ZOMO. Na jedenaście dni trafia do aresztu, gdzie pogłębia się jego choroba. Trzy lata później lekarze muszą mu amputować drugą nogę. Petrusewicz przechodzi też dwa udary mózgu. Ma sparaliżowaną połowę ciała, porusza się na wózku inwalidzkim. Umiera w październiku 1992 roku.

Wielkie misterium sportu

Nie ma chyba dwóch bardziej sprzecznych ze sobą widoków niż sportowy triumf i fizyczny upadek człowieka. A jednak Marek Petrusewicz bijący rekord świata oraz Marek Petrusewicz pozbawiony nóg i unieruchomiony na wózku to jedna i ta sama osoba. O czym mówi nam historia jego życia? Na pewno o ulotności sławy, zmiennych kolejach losu, destrukcyjnej sile nałogu, trudnej rzeczywistości PRL-u. Jest to jednak również opowieść o marzeniach, znaczeniu przyjaźni, cywilnej odwadze, pokonywaniu własnych słabości i „wielkim misterium sportu”, jak o sportowych emocjach wyrazi się sam Petrusewicz.

Jego najstarszym wspomnieniem związanym z wodą były kąpiele w Pilicy. „W dzieciństwie tak lubiłem nurkować – powie Krystynie Melion. – Pilica jest rzeką, która ma czyste dno i wiele kolorowych kamyków. Lubiłem pod wodą oglądać te kolorowe kamienie. Wyobrażałem sobie, że są to brylanty, topazy, diamenty. To wszystko lśniło, świeciło. Słońce przebijało się przez czystą wodę. Nabierały dla mnie jakiegoś blasku. To był tajemniczy, dziwny świat. Czułem tę wodę każdym milimetrem swojego ciała” [12]. Być może to właśnie wówczas narodził się w nim pływak. Coś z tego pływackiego zacięcia zostało w nim nawet podczas największego nasilenia choroby. Na wpół sparaliżowany, bez nóg ćwiczył uparcie w centrum rehabilitacyjnym w podwarszawskim Konstancinie, gdzie korzystał również z tamtejszego basenu. „Ćwiczenia wykonywał z żelazną dyscypliną i w sposób szalenie konsekwentny. Wytrwale. Takim zapamiętali go sąsiedzi” [13]. Takim zapamiętamy go też my.

 

Przypisy:

[1] Wojciech Wiesner, „Jaki był Marek Petrusewicz?”, wyd. II – porzerzone, GAMA Agencja Reklamowa, Wrocław 2009, s. 22–23.
[2] Tamże, s. 25.
[3] Tamże, s. 29.
[4] Por. reportaż radiowy Krystyny Melion, „Głębokie zanurzenie”, emisja: Polskie Radio, 1974.
[5] Tamże.
[6] Wojciech Wiesner, dz. cyt., s. 52.
[7] Tamże, s. 51.
[8] Por. reportaż radiowy Krystyny Melion.
[9] Wojciech Wiesner, dz. cyt., s. 65.
[10] Por. reportaż radiowy Krystyny Melion.
[11] „Rekord świata”, reż. i scenariusz: Filip Bajon, 63 min., 1977 (data premiery: 7 października 1980).
[12] Por. reportaż radiowy Krystyny Melion.
[13] Wojciech Wiesner, dz. cyt., s. 69.