Print Friendly

W 1820 roku Warszawa była średniej wielkości prężnie rozwijającym się miastem, liczącym nieco ponad 100 tys. mieszkańców (dla porównania w tym samym czasie populacja Paryża była siedmiokrotnie, a Petersburga niemal czterokrotnie większa). Granicę lewobrzeżnej części stolicy Królestwa Polskiego wyznaczała wówczas linia dawnych Okopów Lubomirskiego, zbudowanych pod koniec XVIII wieku w celu ochrony mieszkańców przed epidemią dżumy. Ruch z i do Warszawy kontrolowano na rogatkach, które w interesującym nas okresie były usytuowane po obu stronach Wisły w dziesięciu punktach miasta.

Wszyscy, którzy w 1820 roku chcieli opuścić lewobrzeżną Warszawę i udać się na północ, w stronę Zakroczymia, musieli przekroczyć granicę stolicy na rogatkach marymonckich, znajdujących się na wysokości późniejszej cytadeli, a następnie ruszyć w dalszą drogę tzw. szosą Zakroczymską (dziś ulica Marymoncka) – żwirowym traktem, obsadzonym po obu stronach topolami.

Rogatki marymonckie zaprojektowane przez Jakuba Kubickiego, wzniesione w latach 1816–1818; 1837 (odbitka), 1823–1824 (matryca). Rys. Leonhardt Schmidtner. Źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

Rogatki marymonckie zaprojektowane przez Jakuba Kubickiego, wzniesione w latach 1816–1818; 1837 (odbitka), 1823–1824 (matryca). Rys. Leonhardt Schmidtner. Źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

Aż do Młocin, w których szosa biegła wzdłuż zabudowań folwarcznych, podmiejski krajobraz był pozbawiony jakichkolwiek większych budowli. Z jednym wyjątkiem. W odległości jednego kilometra od rogatek podróżni mieli szansę dojrzeć po prawej stronie dawny pałacyk Marii Kazimiery, żony Jana III Sobieskiego. W tym czasie musiał tam panować większy niż zazwyczaj ruch. Istniejąca w pałacyku od czterech lat Szkoła Agronomiczna przekształcała się właśnie w Instytut Agronomiczny, protoplastę Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW) oraz dumę zastępcy ministra oświaty Królestwa Polskiego Stanisława Staszica, który od dłuższego czasu starał się o powołanie tego typu instytucji.

Siedziba Instytutu Agronomicznego na Marymoncie (dawny Pałacyk Marii Kazimiery). Źródło: Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa

Siedziba Instytutu Agronomicznego na Marymoncie (dawny pałacyk Marii Kazimiery – Marie Mont). Źródło: Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa

W latach 20. XIX wieku marymoncki pejzaż wzbogacił się zresztą o jeszcze jedną budowlę. To właśnie w tym okresie na terenach Instytutu Agronomicznego otwarto Wojskową Szkołę Pływania, położoną tuż za pałacowymi zabudowaniami nad nieistniejącym dziś stawem, do którego wpadała niewielka rzeka Rudawka. Budynki szkoły mieściły sale wykładowe, zaś treningi pływackie odbywały się albo w stawie, albo w płynącej nieopodal Wiśle.

„Najlepsi pływali w ubiorze”

Czego uczono w tej placówce i skąd wziął się pomysł jej utworzenia? Była ona częścią szerszego projektu reorganizacji armii Królestwa Polskiego na kształt rosyjski po wojnach napoleońskich, a także jej unowocześnienia według najlepszych europejskich wzorców. Nauka pływania była w tym procesie zupełnym novum, narzuconym przez głównodowodzącego armią, porywczego i kapryśnego Wielkiego Księcia Konstantego. Przekonany o tym, że nauczanie żołnierzy umiejętności pływania podnosi „ich ogólny poziom wyszkolenia i sprawność fizyczną” [1], nakazał on zorganizowanie wojskowych szkół pływania na Marymoncie i w Łazienkach oraz sprowadzenie austriackich instruktorów. W konsekwencji – jak pisze Wacław Tokarz w swojej monumentalnej monografii „Armja Królestwa Polskiego (1815–1830)” – wojskowa nauka pływania nad Wisłą stanęła „na niewiarygodnym wprost poziomie doskonałości” [2], co nota bene wyraźnie odróżniało polski system szkolenia od rosyjskiego.

Armia Królestwa Polskiego

Armia Królestwa Polskiego

Wyobrażenie o tym, czym zajmowali się adepci szkoły, dają wspomnienia późniejszego uczestnika powstania listopadowego Tadeusza Józefa Chamskiego: „Pierwsze zasady pływania pokazywano na szelce suchej, następnie na drągu, później na lince i na tym się kończyła klasa trzecia. Ci, którzy byli w stanie opłynąć bez odpoczynku trzy razy wokoło staw szkoły, przechodzili do klasy czwartej i pływali w oddziałach. Ci, co mogli pływać godzinę, przystępowali do klasy piątej i doskonalili się w pływaniu na wznak, stojąc oraz w skakaniu różnymi sposobami w wodę. Najlepsi pływali w ubiorze. Chodzili oni manewrować na Wiśle, zwykle od mostu w Warszawie do Bielan, ciągle z jednego brzegu rzeki na drugi, przepływając tym sposobem Wisłę dziesięć lub piętnaście razy bez odpoczynku” [3].

Pływanie z pałaszem w zębach

Jak widać, kurs w Wojskowej Szkole Pływania nie należał do najlżejszych. Stopień trudności ćwiczeń wzrastał zwłaszcza wtedy, gdy rozmiłowany w musztrze książę Konstanty wydawał rozkaz przeprowadzenia pokazowych manewrów. Udział w nich można było przypłacić jeśli nie życiem, to zdrowiem. O mrożących krew w żyłach wyzwaniach, jakie czekały adeptów marymonckiej szkoły, pisał m.in. podchorąży Józef Patelski. Jego świadectwo jest na tyle przejmujące, że warto przytoczyć je w całości:

„Na dzień następny zapowiedziane zostało przesunięcie wpław tyraljerów na prawy brzeg Wisły. Był to dzień straszny, dlatego zapamiętałem sobie, iż nazywał się w kalendarzu dniem 15 października 1826 r. Choć jesień była dość ciepła, przecież rankami bywały przymrozki, które zacienione, płytkie wód rozlewy w lód ścinały. Pomimo tego W. Książę postanowił nas wykąpać w obecności dostojnego gościa (ks. Marmont, marszałka Francji). Należąc do patentowych pływaków, odkomenderowany zostałem nad Wisłę, gdzie z innymi pływakami naszej brygady, całkiem rozebrany, jedynie w krótkich majtkach, w furażerce na głowie i w płaszczu zawieszonym na ramionach, przeszło godzinę na przybycie książąt wyczekiwałem.

Armia Królestwa Polskiego

Armia Królestwa Polskiego

Nareszcie nadjechały powozy z angielskiego hotelu z Francuzami, przybył i w. książę Konstanty, uraczył nas zwykłym pozdrowieniem: «Zdrawstwujtie rebiata! – my na odwet zabełkotali jak indyki: «Zdrawia żełajem» – porzucili płaszcze i na komendę skakali do wody. Ja, jako podoficer, według instrukcji miałem trzymać przez szmatkę pałasz w zębach, ale że przy podobnych ćwiczeniach, zachłysnąwszy się wodą, gubiliśmy w Wiśle pałasze, więc przywiązałem go sobie do okoliczności płóciennych, nawołując żołnierzy, jeżeli się który opóźniał i w równej linii nie płynął. Broń i patrontasze z ładunkami złożone były na małych tratewkach, które płynący za szeregami żołnierze, jak konie, zaprzężone na pasach parcianych, ciągnęli, z tyłu zaś dwaj inni pływacy równowagę tratewek podtrzymywali. Ciężka była to przeprawa. Zdawało się, że nie do zimnej wody, lecz do waru skoczyliśmy, lecz jakoś w porządku i szczęśliwie udało się Wisłę przebyć.

Dostawszy się na brzeg przeciwległy, rozsypaliśmy się w tyraljerów i rozpoczęli ogień, dzwoniąc zębami na grzmot naszych karabinów. Komendę posyłał nam W. Książę przez trębacza z lewego brzegu, którą trębacz, co z nami Wisłę przepłynął, powtarzał. Przeszło godzinę trwała uciecha naszego, a podziwienie zagranicznego księcia. Lecz jak wyglądało nasze ciało, łatwo sobie wyobrazić można. Wróciwszy wpław lub na łodzi wojskowej na lewy brzeg Wisły, zastaliśmy zapowiedzianą gratyfikację po złp. 1 i wódkę, przygotowaną w obfitości. Podpułkownik d’Hauterive, komendant szkoły pływania, widząc nas granatowych i skostniałych, kazał niektórych wycierać kocami i nie ograniczył się w rozdawaniu racji wódczanych […]” [4].

XIX-wieczni komandosi

Biorąc pod uwagę warunki, w jakich odbywały się manewry, patent Wojskowej Szkoły Pływania można dziś spokojnie porównać do zaświadczenia o ukończeniu szkolenia w należącej do sił specjalnych Jednostce Wojskowej Formoza. Z jedną różnicą. Wymyślne, doprowadzone do przesady ćwiczenia, przeznaczone dla młodych podchorążych, kadetów i żołnierzy marymonckiej szkoły, często nie miały nic wspólnego z praktyką polową. W bitewnym zgiełku finezyjne w swoim okrucieństwie musztry Wielkiego Księcia Konstantego okazywały się wysoce niepraktyczne. Sama umiejętność pływania była jednak przydatna i wielokrotnie pomagała żołnierzom wyjść cało z wojennych opresji. Pecha miał tylko długoletni szef szkoły, czyli wspomniany przez Patelskiego pułkownik Franciszek Valentin d’Hauterive. W czasie powstania listopadowego dołączył on do wyprawy gen. Antoniego Giełguda na Litwę. Zginął w sposób dość osobliwy jak na wojskowego instruktora pływania. Utonął podczas przeprawy polskich oddziałów przez Wilię [5].


Serdecznie dziękuję Jankowi Chmielewskiemu, który podesłał mi skan XIX-wiecznej mapy okolic Warszawy i naprowadził na trop Wojskowej Szkoły Pływania na Marymoncie.


Przypisy:

[1] Andrzej Cwer, „Wołanie o szkołę rycerską w Rzeczpospolitej”, „Przegląd Historyczno-Oświatowy”, Rok LI 3 (197) 2007, s. 102.
[2] Wacław Tokarz, „Armja Królestwa Polskiego (1815–1830)”, Departament Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego, Piotrków 1917, s. 174.
[3] „Opis krótki lat upłynionych Tadeusza Józefa Chamskiego, członka Towarzystwa Historyczno-Literackiego w Paryżu”, Paryż 1873, Biblioteka Polska, Paryż, sygn. 2474, vol. 14, k. 11 („Wspomnienie czwarte – Mary niewinnych urojeń. W armii Królestwa”). Cyt. za: Andrzej Cwer, dz. cyt., s. 102–103.
[4] Wspomnienie Józefa Patelskiego za: Wacław Tokarz, dz. cyt., s. 174–175.
[5] Tomasz Krzywicki, „Litwa. Przewodnik”, Oficyna Wydawnicza „Rewasz”, Pruszków 2005, s. 262.