Print Friendly, PDF & Email

Jednym z nielicznych – o ile nie jedynym – przedwojennym polskim czasopismem, w którym można było znaleźć teksty o pływaniu, był wydawany w Warszawie od 1925 r. miesięcznik „Sport wodny”. Poświęcony głównie wioślarstwu i żeglarstwu, zawierał również sporo artykułów o polskich i międzynarodowych zawodach pływackich oraz meczach waterpolo. Regularnie donosił też o bitych na całym świecie rekordach.

Jak stać się panem żółwia

Nie stronił także od ploteczek. W numerze październikowym z 1925 roku w rubryce „Kronika zagraniczna” polscy miłośnicy pływania mogli znaleźć krótką notkę o dość oryginalnym zajęciu, jakiemu oddawała się ponoć miejscowa młodzież na wyspie Peak, oddalonej o ok. 20 km od wybrzeży Australii. Chodziło o wyścigi na wielkich morskich żółwiach.

Sport wodny_okladka

„Wokoło wyspy tej znajdują się w wielkiej ilości olbrzymie żółwie morskie, sięgające nierzadko 1 m. 50 długości – donosił dziennikarz «Sportu wodnego», streszczając artykuł zamieszczony we francuskim tygodniku «Le Miroir des sports» – Tuziemcy traktują połów tych żółwi, jako jedną i głównych gałęzi swego przemysłu. Wyścigi na żółwiach ściśle są związane z połowem tychże. Myśliwy sportsman łatwo spostrzega żółwie, wygrzewające się nad brzegiem morza i z łatwością może się do nich zbliżyć ze względu na ich małą płochliwość” [1].

Jak dosiąść żółwia? Operacja nie jest skomplikowana, choć – jak wynika z dalszego opisu – wymaga trochę siły:

„Aby stać się panem żółwia, należy przewrócić go na drugą stronę. Nie jest to łatwa praca, zważywszy, że niektóre «sztuki» ważą po 250–300 funtów. Pomimo to niektórym myśliwym udaje się przewrócić żółwia. Wypukła forma skorupy żółwiej nie pozwala zwierzęciu wrócić do normalnej postawy. W tej pozycji wytrzymuje się zwierzę przez kilka godzin. Potem każdy ze sportsmanów pomaga żółwiowi z powrotem «stanąć na nogach», dosiada go i rozpoczyna się wyścig. Zaniepokojony niezwykłym ciężarem żółw biegnie ku morzu, dość wolno jednak wskutek obciążenia”.

Grupa turystów przygotowująca się do jazdy na żółwiach na Mon Repos Beach, ok. 1930. Źródło: John Oxley Library, State Library of Queensland, Brisbane Australia

Grupa turystów przygotowująca się do jazdy na żółwiach na Mon Repos Beach, ok. 1930. Źródło: John Oxley Library, State Library of Queensland, Brisbane Australia

„Wyścig” po piaszczystej plaży nie należy zatem do najszybszych, jednak sytuacja zmienia się, gdy żółw dotrze do wody. Oddajmy jeszcze raz głos dziennikarzowi „Sportu wodnego”:

„W wodzie żółw odzyskuje swobodę ruchów, staje się znacznie szybszym i z trudem pozwala sobą kierować. Jeźdźcy zmuszeni są podtrzymywać kijem głowę żółwia nad wodą, aby nie pozwolić mu na nurkowanie. Na ogół – po pewnym czasie zwierzę zdoła pozbyć się swego prześladowcy, który musi wówczas myśleć o swoim ratunku. Jedynie najzręczniejszym udaje się po długim wybiegu w morze wrócić na ląd ze swoim rumakiem, którego wówczas zabijają, mięso bowiem żółwia jest bardzo poszukiwane”.

Młoda kobieta jadąca na grzbiecie żółwia na Mon Repos Beach koło Bundaberg, ok. 1930. Źródło: John Oxley Library, State Library of Queensland, Brisbane Australia

Młoda kobieta jadąca na grzbiecie żółwia na Mon Repos Beach koło Bundaberg, ok. 1930. Źródło: John Oxley Library, State Library of Queensland, Brisbane Australia

Historia pewnego zmyślenia

Dziś trudno czytać o tych praktykach z uśmiechem na twarzy. Wiele gatunków żółwi morskich (np. występujący w australijskich wodach żółw zielony) jest zagrożonych wyginięciem. Dosiadanie tych powolnych olbrzymów w trakcie składania jaj lub odwracanie ich na grzbiet również budzi poważne wątpliwości. Zresztą sam autor artykułu zamieszczonego w „Sporcie wodnym” również czuł, że nie jest to praktyka godna pochwały. „Trudno zaprzeczyć, że ten pseudosport wymaga kolosalnej zręczności, zimnej krwi i odwagi – pisał w zakończeniu tekstu – lecz zarazem przyznać należy, iż wychowawcza strona – pozostawia tu niezmiernie dużo do życzenia”.

Historia ujeżdżania wielkich morskich żółwi jest jednak interesująca z innego powodu. Stanowi bowiem przykład tego, jak łatwo zmyślenie może stać się prawdą. Z dużym prawdopodobieństwem możemy dziś stwierdzić, że cwałowanie przez morskie fale na grzbiecie żółwi wcale nie było tradycyjnym zajęciem pierwotnych mieszkańców Australii, lecz wymysłem pochodzącego ze Szwajcarii awanturnika i mitomana Louisa de Rougemonta.

Henri Louis Grin alias Louis de Rougemont

Henri Louis Grin alias Louis de Rougemont

O jego bogatym w kontrowersje życiu pisze ciekawie Penny Hyde na stronie Australian National Maritime Museum [2]. De Rougemont urodził się w 1847 roku jako Henri Louis Grin. W wieku dwudziestu ośmiu lat wyruszył szukać szczęścia do Australii. Tam zakupił kuter do połowu pereł i wyruszył w morze. Dwa lata później kuter zatonął. Wrak statku odnaleziono w okolicach Cooktown, jednak sam Grin gdzieś przepadł. Pojawił się później z niesamowitymi opowieściami o tym, jak został zaatakowany przez Aborygenów na wyspie Lacrosse i jak samotnie żeglował przez trzy tysiące mil morskich ku wybrzeżom Australii. Ożenił się, rozwiódł, imał się różnych zajęć. Był pomywaczem, kelnerem, fotografem. Na Nowej Zelandii zajmował się spirytyzmem. W 1898 roku przybył do Anglii, gdzie rok później pod nazwiskiem Louis de Rougemont wydał książkę z opisem swoich przygód „The Adventures of Louis de Rougemont as Told by Himself”.

3811 copy

Czego tam nie było! Dziesiątki zwiedzonych wysp, walki z aligatorami, ślub z Aborygenką, straszliwe święta kanibali, nauka lokalnych języków. Książka de Rougemonta wzbudziła sensację. Autor zaczął być zapraszany na odczyty przez poważne towarzystwa naukowe. Jednak szybko okazało się, że opowieści de Rougementa są mało wiarygodne. Pomimo zapewnień, że nauczył się mówić w aborygeńskich narzeczach, nie potrafił w nich sklecić nawet jednego zdania. Mylił się też, wskazując miejsca, które ponoć odwiedził. Największe kontrowersje wzbudziła jego opowieść o wyścigach na żółwiach morskich, w których sam rzekomo brał udział. Wielu wydało się to fizycznie niemożliwe.

Rysunek opublikowany w „Evening Express” z 1898 r. (wydanie walijskie), komentujący rzekome przygody Louisa de Rougemonta

Rysunek opublikowany w „Evening Express” z 1898 r. (wydanie walijskie), komentujący rzekome przygody Louisa de Rougemonta

Yatali! Yatali!

W 1906 roku niczym nie zrażony de Rougemont postanowił udowodnić, że ujeżdżanie żółwi morskich nie jest tworem jego wyobraźni, i zorganizował na londyńskim hipodromie publiczny pokaz tej umiejętności. Jak donosił wydawany w Sidney „Evening News” (powtarzając wieści zamieszczone w brytyjskim „Daily Mail”), świadkami próby była wyselekcjonowana publiczność, złożona z nie więcej niż trzydziestu osób. Stojąc na brzegu tymczasowo zainstalowanego na hipodromie basenu, ubrany w strój kąpielowy de Rougemont wygłosił krótkie przemówienie. U jego stóp leżał nieruchomo olbrzymi żółw – ważąca ok. 200 kg samica sprowadzona z Nikaragui:

„Wyciągając ręce nad żółwicą – po to, by ją zahipnotyzować, jak sam stwierdził – pan de Rougemont wepchnął śpiące stworzenie do wody i siadł na nie okrakiem. Z początku zwierzę usiłowało wrócić na brzeg, lecz smagły dżokej, siedząc wyprostowany i trzymając się jedną ręką za skorupę w okolicach żółwiej szyi, drugą uderzał w taflę wody i krzyczał z ekscytacją «Yatali!», «Yatali!». Wtedy żółwica zaczęła niespiesznie płynąć w kierunku środka basenu. Wszystko odbywało się bardzo powoli, jednak jeździec nie przestawał pokrzykiwać i wciąż uderzał w wodę po obu stronach zwierzęcia, po to, by nim  sterować” [3].

Strona z niemieckiej publikacji. Podpis: „Nowy angielski sport: jazda na żółwiu morskim”

Strona z niemieckiej publikacji. Podpis: „Nowy angielski sport: jazda na żółwiu morskim”

Pokaz zakończył się dość szybko. Publiczność co prawda klaskała, ale de Rougemont nie zdołał przekonać opinii publicznej do swojej wersji wydarzeń. Wiarygodność jego opowieści podważyła zresztą jego była żona Eliza. Nasz bohater nie stracił jednak animuszu. Jak pisze Penny Hyde, postanowił wykorzystać również swoją porażkę i reklamował się potem jako „największy kłamca na ziemi”. W ostatnich latach życia pracował jako majster pod nazwiskiem Louis Redman. Zmarł w zapomnieniu w 1921 roku.

Turystyczna rozrywka

Historia morskich rajdów na żółwiach, opisana przez de Rougemonta, okazała się wyssana z palca. Wielka mistyfikacja pobudziła jednak wyobraźnię ludzi, a przede wszystkim branżę turystyczną i wkrótce stała się rzeczywistością. W latach 20. i 30. na australijskich plażach położonych w pobliżu Wielkiej Rafy Koralowej jeżdżenie na żółwiach zaczęło być popularną rozrywką. Jednym z miejsc, gdzie można było przeżyć podobną przygodę, była wyspa Heron. Wybrani pracownicy tutejszego ośrodka wczasowego mieli obowiązek przewracać w nocy żółwie na grzbiet, po to, by nad ranem zmęczone stworzenia można było łatwo dosiąść [4].

Dziś na szczęście podobne praktyki są zabronione. Na wschodnim wybrzeżu Australii powstały parki narodowe. Żółwie są objęte ochroną. Po dziwnym „pseudosporcie”, jak określił go przed wojną polski dziennikarz, pozostały nam tylko fotografie oraz wypełnione fantazjami książki Louisa de Rougemonta.

 

Przypisy:

[1] Miesięcznik „Sport wodny” (dawniej „Wioślarz polski”), nr 7, rok 1, Warszawa, październik 1925 r., s 192.
[2] Penny Hyde, „The sport of turtle riding and «the Greatest Liar on Earth»”, Australian National Maritime Museum’s blog [dostęp: 11.09.2018]
[3] „De Rougemont’s Feat”, „Evening News”, Tusday, 14th of  August, 1906, s. 6.
[4] Por. „Leave Only Footprints. Heron Island Turtles”, www.travel2next.com [dostęp: 11.09.2018].